Zostałeś zalogowany. Za X sek. strona zostanie przeładowana.

Logo NInA
Powrót

Fotografia w internecie | Esej Tomasza Ferenca

Teoretycy kultury wizualnej już od dawna analizują skutki procesu coraz dalej idącej mediatyzacji życia społecznego oraz nadmiaru otaczających nas obrazów. Zjawisko to zostało także dostrzeżone przez artystów i jest przez nich komentowane językiem sztuki współczesnej.

Wyróżnić możemy rozmaite strategie postępowania wobec wszechobecności obrazów. Wydaje się jednak, że dominują trzy podstawowe. 

Pierwsza polega na wykorzystywaniu we własnej twórczości już istniejących zdjęć, które pochodzą z rozmaitych źródeł – tu artyści mają szerokie pole do działania. Zdjęcia takie mogą być refotografowane i układane w nowe kompozycje (Wojciech Prażmowski), mogą być prezentowane w formie negatywów (Jerzy Lewczyński) , mogą zostać pokazywane jako elementy większych instalacji (Christian Boltanski).

Druga strategia (strategia zbieracza) opiera się na kolekcjonowaniu zdjęć i pokazywaniu ich w niezmienionej postaci (tak jak w niektórych swoich projektach robi, opisywany w dalszej części tekstu Joachim Schmid). Fotografie można znaleźć na ulicy, na strychu, w archiwach, najczęściej jednak kupuje się je w antykwariatach, na pchlich targach, giełdach kolekcjonerów.

Trzecia z możliwych strategii postępowania manifestuje się rozmaitymi formami destruowania fotografii i innych obrazów (niektóre z nich zostaną ukazane nieco dalej) .

Akty | Thomas Ruff

Dziś źródłem dostarczającym nieprzebranego materiału wizualnego dla artystów stał się internet. Swego czasu sporu zamieszania wywołał cykl zatytułowany Akty Thomasa Ruffa. Autor przetworzył zdjęcia i kadry filmów pobrane z pornograficznych stron internetowych. Działanie niemieckiego artysty można interpretować na kilku płaszczyznach. Najprościej jako prowokację (na wystawie retrospektywnej Ruffa w CSW nie pokazano tego cyklu), ale tylko takie myślenie o Aktach niczego w istocie nie wyjaśnia.

Mamy tu płaszczyznę dyskusji z tradycją sztuk wizualnych, głównie malarstwa. Podniesiona zostaje kwestia łatwości dostępu do pornografii i obecności ogromnej ilości tego typu zdjęć w internecie. Obserwujemy jednak także bardzo interesujący zabieg zamiany fotografii pornograficznej w sztukę aktu. Sam autor stwierdził, że pierwowzory były brzydkie, podczas gdy umiejętnie wykonany artystyczny gest zamienił je w estetyczne dzieła sztuki, które mogą zachwycać. 

No Man’s Land | Mishka Henner

Jeszcze innym wariantem uprawiana fotografii bez aparatu jest korzystanie z witryny Google Street View. W 2011 roku Mishka Henner podczas festiwalu fotografii w Arles zaprezentował cykl No Man’s Land składający się z obrazów rejestrowanych przez operatorów Google. Henner pobrał zdjęcia ukazujące drogi przedmieść, na których pojawiają się prostytutki. Każdemu zdjęciu towarzyszy opis wskazujący numer drogi, miejscowość i kraj z którego pochodzi obraz. Na każdym z nich widzimy zarejestrowany szerokokątnym obiektywem krajobraz oraz sylwetkę, zazwyczaj jednej, czasami dwóch kobiet. W niektórych przypadkach jest to jedynie, chwilowo opuszczone puste składane krzesło.

Nie ulega wątpliwości, że ten zestaw prac można analizować na wiele sposobów. Na pewno w kategoriach panoptycznej inwigilacji, w której każdy może być kontrolowany. Można także, przyjmując perspektywę feministyczną, dyskutować o wyzysku kobiet w społeczeństwie patriarchalnym lub przywołać socjologiczne koncepcje stratyfikacji. Ale możemy też zastanowić się nad współczesnym kapitalizmem, nad społeczeństwem konsumujących i tych, którzy są konsumowani. Jednak nie jest moim celem pogłębiane możliwych interpretacji. Chodzi głównie o przyjrzenie się strategiom pracy nad zastanym materiałem wizualnym. 

Real foto | Michał Długosz

Spośród polskich artystów, którzy wykorzystali „internetowy fotograficzny nadmiar” we własnych projektach wymienić należy Michała Długosza i jego Real Foto. Autor wyselekcjonował zdjęcia publikowane przez użytkowników portalu Allegro. Długosz zwraca uwagę na niesłychany potencjał informacyjny tego typu fotografii: Allegro.pl to gigantyczne, genialne archiwum, gdzie jest pokazany wielki reportaż z Polski. Reportaż ten tworzy się codziennie przy udziale tysięcy użytkowników portalu. Jest najbardziej wiarygodny, bo autorami nie są dziennikarze, ale sami bohaterowie zdjęć. Żaden reporter nie zostałby wpuszczony do tych mieszkań, a nawet gdyby został, to one wyglądałyby inaczej – posprzątane, poukładane, nienaturalne. Jego zdjęcia nie oddałyby autentyzmu sytuacji. Nie wpadłby na takie kadry... Ta fotografia jest lepsza od utartych schematów, którymi posługują się zawodowcy. Aktualnie internetowe źródła fotografii inspirują coraz większą ilość twórców. Fotografie są przerabiane, kolekcjonowane, stają się materią dla kolejnych prac. Jednak, jak już wiemy, wykorzystywanie istniejących fotografii ma swoją tradycję i nie zaczęło się wraz z nastaniem ery globalnej sieci. Sztandarową postacią, którą należy w tym przypadku przypomnieć jest niemiecki artysta Joachim Schmid.


Joachim Schmid - kolekcjoner totalny

Artystyczne działania Joachima Schmida wpisują się w długą i ciekawą tradycje wykorzystywania istniejących/znalezionych fotografii. Od ponad 20 lat realizuje on rozmaite projekty oparte na prezentacjach kolejnych odsłon swojego zbioru. Pierwsze z tych projektów dotyczyły fotografii analogowej, ostatnie w znacznym stopniu koncentrują się na fotografii cyfrowej oraz materiałach pobranych z internetu. Zdaniem niemieckiego artysty, po przeszło stu latach masowego produkowania fotografii, jest ich już tak dużo, że tworzenie kolejnych nie ma większego sensu. Zagospodarowanie tego co już istnieje, staje się pilniejszym zadaniem dla artysty, niż robienie kolejnych fotografii. To co interesujące, to już nie tworzenie, ale śledzenie tego, co dzieje się ze zdjęciami. Same obrazy nie tylko odtwarzają rzeczywistość, ale same stają się istotną częścią tejże realności. Schmid koncentruje się na obrazach odrzuconych przez oficjalne, instytucjonalne obiegi. Gromadzi archiwum fotografii niechcianych, wyrzuconych, niepotrzebnych. Jak sam mówi:

,,
Od prawie 15 lat zbieram wszystkie fotografie jakie znajduję na ulicy. Każde zdjęcie staje się częścią trwającego projektu Obrazy z ulicy. Na początku kolekcjonowanie tego śmietnika/odpadu było przypadkową aktywnością, jednak, powoli przekształciło się w obsesję. Im dłużej to robiłem i im więcej fotografii znajdowałem tym bardziej zmieniła się moja percepcja. Teraz już nie znajduję fotografii, ja ich szukam, tak jak świnia trufli. Naprawdę sądzę, że niemal 400 znalezionych do tej pory fotografii to skarby. Niektóre z nich to nadzwyczaj fascynujące obrazy (ludzkość straciłaby je bez mojej interwencji), a cały zbiór tworzy unikalne kompendium fotograficznego śmietnika i anty-muzeum. Podczas gdy muzeum zbiera i konserwuje te obrazy, które według naszego społeczeństwa są ważnymi przekładami naszej obecnej kultury i powinny być zachowane dla przyszłości, ja specjalizuję się w tych obrazach, które w sposób oczywisty uważne są za tak nieodpowiednie i irytujące, że ich twórcy i właściciele myślą, że nie powinny one mieć żadnej przyszłości. Obrazy te reprezentują drugą połowę naszej kultury.
,,

W 1990 roku Schmid ogłosił prowokacyjny i w pewnym stopniu humorystyczny manifest oraz powołał do życia Instytut Przetwarzania Zużytych Fotografii. W tekście odnosił się do kwestii nadprodukcji fotografii i ekologii. Obok kwestii trującego przemysłu fotograficznego, autor poruszył kwestię zanieczyszczenia wizualnego, które osłabia naszą zdolność do samodzielnego myślenia. Do tego dołożyć należy także wszelkie moralne zagrożenia na jakie narażone są przede wszystkim dzieci. W związku z tak licznymi niebezpieczeństwami najlepiej, zdaniem artysty, byłoby w ogóle zaprzestać robienia jakichkolwiek zdjęć, co jednak wydaje się niemożliwe. Miliony zdjęć zalegających w biurach i prywatnych domach powinny zostać poddane sensownemu przetworzeniu, recyclingowi, lub też powinny zostać wykorzystane na nowo.

Przez następne 6 miesięcy Schmid otrzymał tyle fotografii, że został zmuszony do przerwania akcji z powodu niemożności przetworzenia wszystkich nadsyłanych zdjęć. Konsekwencją projektu stał się kolejny, w którym artysta tworzył kolaże z fotografii pociętych w maszynie do niszczenia dokumentów. Kolaże z cyklu Statics (1995) tworzone były między innymi z katalogów z fotografiami mody, z pocztówek, z bilbordu Marlboro, z menu firmy dostarczającej do domu pizze i oczywiście z amatorskich zdjęć. Jednak po przepuszczeniu ich przez niszczarkę stawały się niemożliwe do zidentyfikowania:

 

,,
Powstał z tego niemal abstrakcyjny, bo nieczytelny jako całość obraz, który w swych najdrobniejszych elementach składa się jednak z fragmentów realistycznej fotografii. 
,,

W 1996 roku artysta rozpoczął Photographic Garbage Survey Project, mający na celu systematyczne kolekcjonowanie wyrzuconych fotografii. W tym celu odbył wiele podróży po całym świecie, pozostając w każdym mieście przez klika dni lub nawet tygodni (akcja podjęta została min. w Paryżu, Berlinie, Sao Paulo, Zurychu, San Francisco, Rotterdamie). Jego metoda polegała na codziennych wędrówkach po różnych dzielnicach kolejnych miast. Po każdej takiej wyprawie powstała precyzyjna mapa z naniesionymi miejscami, w których Schmid znalazł porzucone zdjęcia. Powstałe raporty artysta nazywa międzynarodowym kompendium fotograficznego skażenia w nowoczesnych miastach.

W latach 2008 – 2011 Schmid bazując na zasobach zdjęć umieszczanych na serwerach stron takich jak Flickr stworzył wizualną bibliotekę cyfrową amatorskiej fotografii wyodrębniając 96 popularnych, powtarzających się wątków. Każdy z nich dotyczył pewnej idei, rzeczy, zjawiska lub wydarzenia, takich jak np. psy, ryby, jedzenie, porty lotnicze, kartki pocztowe, piramidy, lustra, gotówka, pokoje hotelowe, lego, mapy, modele, gender, cienie, trofea, fauna, kolory, parkingi, interakcje, spojrzenia, pomniki, zachody słońca, telewizja, praca, portrety, torby. W ten sposób powstała wyjątkowa wizualna encyklopedia współczesności. Każdy tom tej kolekcji nazwanej Other People’s Photographs może zostać zakupiony bezpośrednio ze strony artysty. On sam przyznaje, że wybór tematów jest chaotyczny, dokonywany bez żadnych wcześniej ustalonych kryteriów, zaś kolekcja mogłaby rozrastać się niemal w nieskończoność.

Dzięki tej gigantycznej pracy artysty-kolekcjonera uzyskujemy interesujący wgląd w amatorskie praktyki fotograficzne. Widzimy, że nie ma tematów niewartych uwiecznienia, nie ma granic banalności, nie ma także żadnych oporów aby dzielić się tymi obrazami z całą społecznością korzystającą z danej witryny. Działaniom Schmida przyświecało motto: patrząc można wiele zaobserwować. Pomimo oczywistości tego stwierdzenia, projekt Fotografia innych Ludzi, zmusza do podjęcia wielowątkowej refleksji – nad współczesnymi praktykami fotografowania, gromadzenia zdjęć i sieciowych obiegów obrazów, ale także w szerszej perspektywie uświadamia nam to, że ogromna ilość tych fotografii stanowi dokumentację zwyczajów, zachowań, upodobań społeczeństwa, określanego jako konsumpcyjne. Działanie Schmida ma w sobie coś z wysiłku oświeceniowych encyklopedystów, z tą różnicą, że materią jego pracy są obrazy, a nie słowa. 

Niszczenie jako strategia oporu wobec inflacji obrazów 

Każdego dnia na serwer witryny Flickr ładowane jest milion nowych zdjęć. Ponad miliard fotografii zostało zarchiwizowanych do tej pory na serwerach tego serwisu. W roku 2011 amsterdamska galeria FOAM, celebrując 10-lecie swojego istnienia przygotowała zbiorową wystawę zatytułowaną Przyszłość Muzeum Fotografii, która miała dać odpowiedź na sformułowane przez kuratorów pytanie: What’s next? Erik Kessels, autor jednej z prezentacji, wydrukował wszystkie zdjęcia wgrane do serwisu Flickr’a w ciągu 24 godzin. W kilku pomieszczeniach galerii znalazło się milion zdjęć. Artysta komentował:

,,
Drukując te wszystkie zdjęcia ładowane przez 24 godziny, zwizualizowałem odczucie topienia się w przeżyciach innych ludzi.
,,

I faktycznie, fotograficzna dokumentacja wystawy ukazuje ludzi z trudem przedzierających się poprzez stosy fotografii. Odwiedzający galerię zostali zmuszeni do deptania po zdjęciach, które możemy traktować, jako dokumenty osobistych, często niezwykle istotnych, intymnych zdarzeń. Celem artysty nie było jedynie pokazanie w dosłownej fizycznej postaci tego, jak ogromna ilość zdjęć zamieszczanych jest w internetowych archiwach, ale także to, jak nasze prywatne fotografie przekształciły się w zbiory powszechnie dostępne dla każdego, kto je odnajdzie.

Jednak tak jak archiwizowanie fotografii przez artystów ma swoją długą tradycję, tak i ich niszczenie nie jest czymś nowym. Znamienny jest tutaj gest Józefa Robakowskiego:

,,
W 1961 roku wystawiłem durszlak, taki przedmiot z gwoździem wbitym w fotografię. (…) W ten sposób zaatakowałem luksusową płaszczyznę fotografii gwoździem, który wbiłem w zdjęcia naklejone na deskę. (…) Dla mnie był to bardzo istotny gest.
,,

Entropia | Andreas Müeller-Pohle

Trzydzieści lat później w 1996 roku niemiecki artysta Andreas Müeller-Pohle zaprezentował instalację zatytułowaną Entropia. 12 minutowy film wideo, będący częścią instalacji, prezentował przemysłową niszczarkę, która pochłaniała fotografie, litograficzne klisze oraz oprawione obrazy. W czasie realizacji wideo zniszczono ponad 11 tysięcy zdjęć. Zużyty materiał zyskał nowe znaczenie stając się obiektem sztuki. Recycling fotografii, czy szerzej wszelkich masowo produkowanych obrazów może stać się sposobem przywrócenia im ważności, przypomnieniem o konieczności selekcji. Niszczenie, jakie stało się przedmiotem instalacji Müellera-Pohle ukazywało także proces przemiany materii. Gest destrukcji stał się także aktem stworzenia. 

Niepotrzebne XIX-XX | Tomasz Komorowski

I ostatni przykład strategii niszczenia: podczas edycji foto-festiwalu w Łodzi w 2012 roku zaprezentowano wystawę Tomasza Komorowskiego zatytułowaną Niepotrzebne XIX-XX w. Na podłodze w jednym z pomieszczeń galerii Wschodniej autor rozłożył kilkaset zdjęć. Wśród nich były zdjęcia czarno-białe, kolorowe, pochodzące z końca XIX oraz z XX wieku. Dominowały prywatne, pamiątkowe ujęcia, ale wśród nich odszukać można było portrety, fotografie prasowe czy funeralne. W drugim przylegającym pokoju artysta ustawił kosz na śmieci. Każdy z widzów/odbiorców/uczestników wystawy mógł wykonać dowolny gest: zabrać wybrane fotografie, zniszczyć, wrzucić do kosza, mógł je deptać, przeglądać, odkładać, itd. Wystawa miała zatem w pewnym stopniu charakter prowokacji/eksperymentu. Ideę wystawy klarownie wyjaśnili jej kuratorzy Adam Klimczak i Jerzy Grzegorski:

,,
Pozbywamy się zdjęć NIEPOTRZEBNYCH. Nie chcemy zaśmiecać swoich mieszkań NIEPOTRZEBNYMI przedmiotami, zajmującymi miejsce na półkach. Wyzbywamy się NIEPOTRZEBNYCH wspomnień związanych z osobami uwiecznionymi na kartkach papieru fotograficznego. Zajmują one pamięć, która przywołuje, nieznanych nam i niespotkanych nigdy ludzi. Usuwamy NIEPOTRZEBNE osoby z naszego najbliższego otoczenia. Istnieją osoby zdolne do tak radykalnego czynu, jak unicestwienie zdjęć poprzez ich zniszczenie, spalenie czy podarcie. Zdjęcia są jednak przedmiotami zbyt magicznymi i tylko nieliczni są gotowi na taki krok. Dlatego, bojąc się podjąć decyzję o całkowitym zniszczeniu, oddają w nieznane ręce historię nieobecnych już ludzi.
,,

 

Fotografia bez fotografowania

Łatwo zauważyć, że strategie niszczenia dotyczą jedynie fizycznie istniejących zdjęć. Sprawa komplikuje się w przypadku zbiorów internetowych. W opisanej akcji przeprowadzonej w amsterdamskiej galerii, zdjęcia najpierw zostały wydrukowane, po to, aby zwiedzający mogli dosłownie się w nich zagłębić, ale także niszczyć, np. chodząc po nich. W sam akt wydrukowania tego zbioru wpisana była przyszła jego utylizacja. W przypadku plików cyfrowych wprowadzonych do sieci, ich całkowite usunięcie staje się praktycznie niemożliwe. Kopie zdjęć mogą pozostać na serwerach lub na dyskach użytkowników, którzy zdecydowali się pobrać je i zapisać. Wydaje się też, że logika sieci jest logiką opartą na gromadzeniu, a nie selekcjonowaniu lub niszczeniu. Problem ten wynika także z głębokich zmian jakie w praktyce fotografowania wywołało pojawienie się technologii cyfrowej. Zwrócił na to uwagę Paweł Żak, artysta fotograf:

,,
Mam wrażenie, że ci którzy fotografują cyfrowo, fotografują bardzo dużo i odkładają moment wyboru najlepszych zdjęć, w pewnym sensie odsuwają od siebie taką konieczność kontaktu z rzeczywistością. Trzeba rejestrować, a wybór będzie później. Ta taniość powoduje, że z mniejszym namysłem robią i z mniejszym namysłem pokazują. Pokazują za to więcej, ponieważ mniej kosztuje wytworzenie tych obrazków. Jesteśmy zasypywani obrazkami i to rodzi niebezpieczeństwo nieważności jakichkolwiek obrazów. To jest bardzo niedobre z punktu widzenia społecznego.
,,

Rola współczesnych fotografów zapewne będzie się zmieniać. Wytwarzanie obrazów niekoniecznie pozostanie główną lub jedyną domeną ich działalności. Nowym ważnym i pilnym zadaniem może stać się wyszukiwanie najciekawszych obrazów wytwarzanych przez miliony fotografujących ludzi, którzy zamieszczają je w sieci, obserwowanie działań operatorów serwisów takich jak Google Street View, śledzenie obrazów dostarczanych przez rozmaite urządzenia rejestrujące sprzężone z internetem, oraz prezentowanie tego materiału lub jego przetwarzanie. Jest to zadanie tylko pozornie łatwe, w istocie wymaga wysokich kompetencji, lecz przede wszystkim krytycznego namysłu nad współczesną kulturą wizualną. Rola artystów jest tutaj nie do przecenienia, jako specjaliści od obrazów muszą analizować otaczającą ich ikonosferę, wskazywać na nowe zjawiska, demaskować ponoptyczne praktyki nadzoru. Kilka zaprezentowanych przykładów wydaje się wskazywać kierunek w jakim mogą podążać artyści wrażliwi na otaczającą nas zmediatyzowaną kulturę wizualną. 

 

Autor: Tomasz Ferenc, adiunkt w Katedrze Socjologii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego.

 

Zobacz również